czwartek, 1 listopada 2012

Kebab w cienkim cieście - Turcja


Wzdłuż wschodniej granicy Turcji
(sierpień 2010)

                …. na dzień dobry
Baśniowe pejzaże, cudowne zapachy i uśmiechnięci ludzie, tak przywitała nas gorąca sierpniowa Turcja. Zapamiętamy ją, jako kraj olśniewający i różnobarwny, w najmniejszym nawet szczególe. Wszystko zaczęło się w miejscu, które niektórzy nazywają „bajką”. Tam czas zatrzymał się tysiące lat temu. Zmienili się tylko mieszkańcy, którzy w większości zamienili osiołki na samochody, wciąż jednak dumni z miejsca, w którym przyszło im żyć.
To miejsce to Kapadocja, kraina wyrzeźbiona przez wiatr i wodę, jedno z najpiękniejszych dzieł matki natury. Niezliczone formy skalne przypominają krajobraz niczym z księżyca. Ukazują świat tak tajemniczy jak i uroczy, znany nam wcześniej wyłącznie z fotografii. Wykute w skałach domy i kościoły są jedną z najwspanialszych wizytówek tureckiej Anatolii.


Każdy przybysz, choć przez krótką chwilę odnosi wrażenie, iż znajduje się w miejscu nadal zamieszkałym przez jaskiniowców. Dwa dni spędzone wśród malowniczych skał, smak kapadocyjskiego wina i odgłos tureckiej muzyki pozostawiły w nas wielki sentyment do tego miejsca, z którym pożegnaliśmy się o wschodzie słońca. Żegnaliśmy się nietypowo, bo w wiklinowym koszu uwieszonym dwieście metrów nad ziemią. Kosz unoszony był przez kolorowy, tęczowy balon.  


Mamy nadzieję, że jeszcze tu powrócimy i to zdecydowanie na dłużej.

…. jak alpejskie miasto
Podróż po Turcji to sama przyjemność.  Zapierające dech w piersi widoki, sprawiają, że czas upływa bardzo szybko. Jedziemy na północ. Mijamy kolejne miasteczka, a za oknami zdaje się wciąż przybywać zielonego koloru. Pustynne otoczenie powoli zaczyna zamieniać się w żyzne pola i sady, przypominające o tym, że Turcja to rolniczy kraj.
Wieczorem docieramy do jednego z najpiękniejszych miast, w którym kiedykolwiek byliśmy. Ta jakże inna od znanych nam do tej pory miejscowości w Turcji, zdaje się być dosłownie wpisana w otaczające je zewsząd skały. Jest tak piękna, że po pozostawieniu bagażu w hotelu od razu wyruszamy na jej podbój.  Jesteśmy w Amasya, miejscu znanym ze skalnych grobów królów Pontu. Wąskie uliczki usytuowane są wśród dumnie stojących nad rzeką Yazilikaya kamienic. Nocą przypominają raczej ulice alpejskiego miasta, a nie bliskowschodniej prowincji.


Toniemy tu w barwach kramów i w cudownym zapachu wydobywającym się z barów serwujących kebaby. Jedynym mankamentem jest nasze pragnienie, które zachęca do ciągłych poszukiwań jakiegokolwiek sklepu, w którym będziemy mogli kupić chociażby malutkie piwo. Po kilku godzinach wyczerpującej wędrówki, wreszcie udało się. Osiągnęliśmy cel, znajdując maleńki sklepik, przy głównej ulicy, całkiem blisko naszego hotelu.


Niestety czar miasta prysł zdecydowanie za szybko. Rankiem ruszamy w dalszą podróż, by późnym popołudniem móc dotrzeć do wybrzeża Morza Czarnego. 

…. zawieszony wysoko w górach
W Trabzon sklepów, gdzie można było zakupić piwo już nie brakowało, to duże portowe miasto. Było całkiem inne niż Amasya, przypominało raczej przemysłową metropolię, niż alpejski kurort. Czarne, ruchliwe ulice i smutne domy całkowicie nie komponowały się z sąsiadującym morzem, które też było czarne, ale raczej wyłącznie z nazwy. Niedaleko Trabzon, w miejscu, do którego docierała kręta, górska droga, znajdował się efektowny klasztor, przypominający troszkę znane nam wcześniej greckie Meteory.


Podobnie jak te w Grecji, zawisł on wysoko na skalnej półce, otoczony świerkowym lasem i przykryty zewsząd chmurami. Z dołu zdawał się być całkowicie niedostępny, jednak dojechaliśmy do niemal samych bram i to miejscowym „busikiem”. Kierowca tego pojazdu, chyba sto razy dziennie pokonywał tę krętą trasę, gdyż sunął z zawrotną prędkością, utrzymując przy tym niesamowitą grację. Sam klasztor Sumela zapamiętamy bardzo długo, gdyż zrobił na nas niesamowite wrażenie. Można byłoby poświęcić wiele stron na opisanie tego miejsca. Jedno jest pewne, gdy wewnątrz nie ma turystów, panuje w nim niesamowita cisza. Zakłócana jest wyłącznie szumem pobliskiego lasu, który odbija się od stromych klifów gór Kackar.


Dane nam było przebywać w klasztorze wówczas, gdy inni odwiedzający opuścili już jego tarasy i była to naprawdę niezapomniana chwila.

…. góry, stepy i miasto widmo
Nad ranem dnia następnego, wyruszamy w dalszą drogę. Jedziemy w kierunku wschodniej granicy Turcji. Niemal z każdym przejechanym kilometrem, zmienia się krajobraz. Z wolna zaczynają wyłaniać się wysokie górskie szczyty. Przy szosie pojawiają się liczne wioski. Ich mieszkańcy utrzymują się wyłącznie z rolnictwa, prowadząc bardzo skromne życie. Maleńkie domy przypominają raczej małe lepianki. Wszędzie pełno jest pasących się baranów, które zdeterminowane zwinnie odnajdują ukryte wśród kamieni źdźbła trawy. Dzieciaki radośnie unoszą dłonie, machając gościom przejeżdżającym przez ich wioski. O tym, że lato jest tu gorące dobrze wiemy, jest 40 stopni w cieniu, ale nie mamy pojęcia, iż w tych okolicach są śnieżne, mroźne i długie zimy. Tereny są zupełnie pozbawione drzew, mieszkańcy zbierają krowie „placki”, potem suszą je na słońcu i układają w kopce, tym samym przygotowując opał na zimę. Zdziwiło nas także, że w okolicy znajduje się wiele wyciągów narciarskich.
Dojeżdżamy do granicy z Armenią.  Wszędzie rozciągają się stepy, sięgające po horyzont. Mijamy ubogie kurdyjskie osady. Wreszcie docieramy do miejsca, o którym wcześniej dużo czytaliśmy i było dla nas inspiracją na tę wyprawę. Przed nami wyłoniło się starożytne miasto, będące niegdyś ormiańską stolicą. Miasto „widmo” - Ani, niezamieszkałe, zapomniane, położone na ogromnej wyżynie, rozciągającej się wzdłuż granicznej rzeki.


Zdziwiło nas panujące tu odludzie. Jeszcze nigdy nie byliśmy w takim miejscu. Imponujące ruiny pierwszych chrześcijańskich kościołów i otaczająca je zewsząd magia i cisza. Kompletny brak turystów. Za jednym kościołem wyłania się kolejny, potem następny i następny. Wszystkie niestety poważnie zniszczone przez wojny, trzęsienia ziemi oraz często odwiedzające te pustkowia burze. Nie widać by ktoś zechciał objąć to miejsce szczególną opieką, by próbował ratować starożytne ormiańskie świątynie. Stoją tu dumnie do momentu, kiedy kolejny piorun nie zwali im dachu lub ściany.
Smutnie tak patrzeć, jak powoli umiera chrześcijańskie dziedzictwo…..  Czasami tylko podstawiona gdzieś stalowa belka, daje nadzieję, że przetrwają.  Opuszczamy to miejsce w zadumie, przyglądając się zachodzącemu nad Armenią słońcu, które w cudowny sposób oświetlało stojące obok siebie czerwone meczety i kościoły.

   …. i majestatyczny Arrarat
Po czasie spędzonym w okolicach Karsu, udajemy się w kierunku granicy z Iranem. Poruszamy się naszym pojazdem po krętych drogach górskiego masywu. Żar leje się z nieba. Pozostawione stepy i wyżyny zamieniają się w wysokie góry, między którymi tajemniczo wije się droga. Często pozbawiona jest asfaltu, każdy kilometr trasy pokonujemy w żółwim tempie, przedzierając się po stromych zboczach na wysokościach przekraczających 2000 metrów. Pozostawiamy za sobą tony żółtego kurzu. Po kilku godzinach jazdy, wyłania się nagle ośnieżony szczyt, zdecydowanie wyróżniający się wśród wszystkich innych gór Wyżyny Armeńskiej. To Arrarat, święta góra Ormian.


Jej majestatyczny wizerunek, towarzyszy nam jeszcze przez kilkadziesiąt kilometrów, aż do miejsca docelowego podróży, do miasteczka położonego u samych jej stóp - Dogubayazit. 
O tym mieście słyszeliśmy wcześniej wyłącznie to, że stanowi główną bazę wypadową dla turystów udających się na podbój Arraratu. Jest tu sporo kwater i lokalnych restauracji, choć samo miasteczko zdaje się być bardzo biedne i zaniedbane. Mieszkańcami są tu w większości Kurdowie, którzy utrzymują się z drobnego handlu i rolnictwa. Ludzie bardzo mili, ciekawi świata, wypytujący nas wielokrotnie o miejsce naszego pochodzenia i cel podróży. W jednej z restauracji, mieliśmy przyjemność pierwszy raz w życiu, zjeść prawdziwego kebaba iskandera. Popijając go dużą ilością świeżego ayranu ( typowy słony turecki jogurt).
Po sytym objedzie ruszyliśmy poznać miasto, które było całkowicie odmienne od tych poznanych w Turcji. Ruchliwe ulice, chodniki służące wyłącznie do rozstawienia straganów i handlu „byle czym”. Co jakiś czas ulicami miasta przejeżdżały opancerzone pojazdy wojskowego patrolu, przypominając nieustannie o tym, że ten region świata jeszcze niedawno, był niedostępny i niebezpieczny. Ale ten mały szczegół nie zdołał przyćmić wspaniałego widoku na Arrarat i dźwięku kurdyjskiej muzyki.
Obowiązkowym punktem, który należy zaliczyć podczas pobytu w Dogubayazit, jest położony na pobliskim wzniesieniu Ishak Pasa Sarayi (Pałac Paszy). Został on wybudowany przez kurdyjskiego księcia Ishaka Paszę w XVII wieku.



 Okolice pałacu dziś stanowią miejsce piknikowe dla miejscowych, zjeżdżających tu, by w boskiej scenerii spędzić wolny czas. Z terenu przy pałacu rozpościera się nadzwyczajny widok na pobliską dolinę, pełną meczetów, starych cmentarzy i charakterystycznych zabudowań architektury kurdyjskiej.

…. Van, Van i Van
Przedzierając się ponownie krętymi drogami, pomiędzy wysokimi górami, jadąc wzdłuż irańskiej granicy, docieramy w końcu do miasta Van. Wynajętą łodzią, prowadzoną przez młodego Kurda, płyniemy po miejscowym słonym jeziorze, na małą wysepkę Akdamar. Po niemal godzinnym rejsie, cumujemy naszą łódkę przy skromnym pomoście. Podążając za kilkoma miejscowymi turystami wspinamy się na jedyne wzniesienie, na którym króluje dobrze zachowany ormiański kościół.


Z wyspy rozpościera się widok na jezioro i otaczające je góry, mieniące się pomarańczowym kolorem. Niegdyś pobliskie wzniesienia i brzegi jeziora zamieszkiwał kot, polujący na ryby. Charakterystyczny o białym zabarwieniu, jednym oku bursztynowym, a drugim błękitnym. Dzięki błonie między palcami, posiadł umiejętność poruszania się w wodzie. O tym, że jest maskotką tej okolicy świadczą wystawiane mu pomniki, rzeźby i sprzedawane przez miejscowych pocztówki. Obecnie jest hodowany przez kurdyjskich mieszkańców okolic jeziora Van. Niestety, w swoim naturalnym środowisku nie jest już spotykany. 
Z wyspy wracamy tą samą łódką. Przejeżdżamy do hotelu, w którym uczestniczymy w tradycyjnym kurdyjskim weselu. Tańce, muzyka i radosna zabawa kończą się jednak dość wcześnie i jeszcze przed godziną 24.00 lądujemy w pokoju.

…. oliwki, cukierki i Ramazan
Rankiem budzi nas nawoływanie do modlitwy muezina z pobliskiego meczetu. Kurdowie są zdecydowanie bardziej religijni niż Turcy. Świadczy o tym nie tylko ich ubiór, ale przede wszystkim zachowanie i przywiązanie do tradycji.  Przestrzegają rygorystycznie nauk zapisanych w Koranie, tym samym bardzo poważnie traktując swoją wiarę. O tym, że właśnie rozpoczęło się wielkie muzułmańskie święto dowiedzieliśmy się rankiem, podczas śniadania. Nie było obsługi w hotelowej restauracji, a na półmiskach znajdowały się wyłącznie czarne i zielone oliwki oraz miód. Zapytany o chleb recepcjonista, wzruszył ramionami i z radością na ustach odpowiedział, że piekarz jeszcze śpi, więc jak ma nam dowieść pieczywo? Trochę nas zaskoczyła taka odpowiedź, była przecież ósma godzina. Grzecznie jednak wróciliśmy do stolika i zaczęliśmy zajadać oliwki maczając je w miejscowym miodzie. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że rozpoczęło się wielkie muzułmańskie święto, tu nazywane Ramazan. Skoro miejscowi za dnia nie jedzą, to dlaczego my mamy jeść. Jesteśmy w sercu Kurdystanu (Turcy są wściekli, gdy ktoś tak mówi o tych ziemiach), mamy przed sobą do przejechania jeszcze wiele setek kilometrów i zaczynamy mieć obawy czy nie umrzemy z głodu i pragnienia.
Po „obfitym”, miodowo – oliwnym śniadaniu, wyruszamy w dalszą podróż. Z każdym dniem upał zdaje się być coraz bardziej dokuczliwy. Na jednej ze stacji benzynowych termometr wskazuje 45 stopni w cieniu. Słońce przypieka, a my czujemy się jak kurczaki w piekarniku bez termoobiegu. Po kilku godzinach jazdy dojeżdżamy do granic północnej Mezopotamii, do miasta położonego nad Tygrysem, do Hasankeyf.
Tu czas zatrzymał się tysiące lat temu. Jaskinie wydrążone w skałach, starożytne budynki i mosty. Ludzie leniwie przejeżdżający po ulicach na osiołkach z koszami wypchanymi warzywami. Zastaliśmy miasto, w którym większość drzwi do budynków była zabita deskami, a okna zasłonięte. Niektóre budowle całkowicie ogrodzone i niedostępne, a na ogrodzeniach widniały napisy informujące o zakazie wstępu. 


Wszędzie panowała cisza i pustka, gdzieniegdzie tylko można było dostrzec miejscowego Kurda, przemykającego wśród nagrzanych słońcem murów. Miasto sprawiało wrażenie wymarłego. Jakby wszyscy jego mieszkańcy z jakiegoś pilnego powodu nagle wyjechali, pozostawiając w pośpiechu swoje stare samochody i sterty śmieci. Hasankeyf będące dziedzictwem i kulturą Kurdów, to miasto, przez które niegdyś przebiegał jedwabny szlak, decyzją tureckiego rządu w najbliższym czasie zniknie z powierzchni ziemi. Obecnie miejsce to jest wysiedlane, a za kilka lat powstanie tu ogromne jezioro, sztucznie utworzone na rzece Tygrys. Nie możemy uwierzyć w przekonywania o ekonomicznym aspekcie całej inwestycji. To miejsce to historia, tak stara jak i fascynująca, a prawdziwego powodu możemy się jedynie tylko domyślać….. 
Wieczór i noc spędziliśmy w pobliskim Midyat, by dnia następnego wyruszyć w kierunku Sanliurfa (Urfa). Do tego świętego miasta docieramy dosyć sprawnie, mimo panującego wciąż upału i nienajlepszej drogi. Miasto uznane jest celem podróży pielgrzymów wielu religii.


Spotkaliśmy tam wyznawców islamu, a także judaizmu. Tutaj według legendy urodził się Abraham, jeden z islamskich proroków i praprzodek Izraelitów. Na trawnikach zastajemy licznie modlących się ludzi, ukrywających się w cieniu rosnących drzew. Dookoła panuje melancholia charakterystyczna temu miejscu. Kobiety zakryte dżilbabem przesiadują z małymi dziećmi na ławkach, wzdłuż całego jeziorka Abrahama. Czasami tylko ich oczy mówią o tym, że uśmiechają się na nasz widok. Jesteśmy w Urfie sporą atrakcją. Często podchodzą do nas młode dziewczyny, prosząc o zrobienie z nami zdjęcia. To staje się bardzo miłe, zważywszy na fakt, że wcześniej to my prosiliśmy o umożliwienie fotografowania. W tutejszych meczetach modlą się muzułmanie, którzy zjeżdżają nie tylko z Turcji, ale także z Syrii, Iraku i Iranu. Panuje bardzo miła atmosfera, brakuje jedynie miejsca, gdzie swobodnie można usiąść i coś zjeść. Po ostatnich śniadankach hotelowych, raczej nie cierpimy z przejedzenia. Niestety wszystko za dnia jest pozamykane, a życie budzi się dopiero wraz z zachodzącym słońcem. Wtedy to otwierają się restauracje. Wszyscy wychodzą na ulice. Pielgrzymi i mieszkańcy, jedzą i bawią się do białego rana. Stoły w okolicznych domach i w knajpach uginają się pod ciężarem różnokolorowych dań. Mięsa, zupy, arbuzy i ciasta, wszystko to pochłaniane jest w olbrzymich ilościach. Starzy mężczyźni przy stolikach popalają nargilę, grając przy tym w grę przypominającą domino. Z maleńkich szklaneczek w kształcie tulipana, popijają ukochany, przesłodzony i mocny czaj. Miejscowi biesiadują do późnych godzin nocnych, by nad ranem znów leniwym krokiem udać się na modlitwę do pobliskiego meczetu.
Żeby poznać Urfę i jej mieszkańców, należy obowiązkowo zapuścić się w wąskie uliczki miasta, które tworzą labirynt. Dopiero tam stajemy się naprawdę wielką atrakcją. Mamy wrażenie, że Ci ludzie w życiu nie widzieli turystów z Europy. Uśmiechnięci na nasz widok oglądali się wstecz. Inni wychylają się przez okna swoich domów. Dziesiątki dzieciaków tworząc korowód, krok w krok podążają za nami, zaczepiając przy każdej nadarzającej się okazji. Bardzo szybko wyjadają nam wszystkie cukierki z plecaka, a my niestety popełniamy gafę.


Jedna mała Kurdyjka nie dostała nic słodkiego. Rozpłakała się, a z jej oczu polały się łzy wielkie niczym grochy. Nie potrafiliśmy jej wytłumaczyć, że wszystko zostało już zjedzone przez kolegów. Ci przycisnęli nas wcześniej do ściany jednego z domów, zabierając przy tym wszystko, co zawinięte było w papierek. Już nigdy nie wyruszymy bez odpowiedniego zapasu słodkości. 

…. Góra Nemrut
Droga na Nemrut prowadzi przez wysokie szczyty pasma górskiego Antytauru. Wyjechaliśmy późnym popołudniem z Adiyaman małym busem prowadzonym przez miejscowego „pirata”. Zasuwał krętymi drogami, zwinnie wywijając „ósemki” nad niebezpiecznymi przepaściami. Wielokrotnie musieliśmy się zatrzymywać, a to na drogę wybiegało stadko baranów, innym razem jakiś gospodarz zapomniał o pozostawionym w poprzek drogi traktorze, udając się na pogawędkę z sąsiadem. Po dwóch godzinach „wyścigów” docieramy na parking na wysokości 2000 m. Dalej pozostała już tylko wspinaczka po ścieżce, która doprowadza nas pod sam szczyt. Pierwszy raz powietrze jest chłodniejsze. Wieje delikatny chłodny wiatr, dając przy tym odrobinę ulgi po skąpanym słońcem dniu. Szczyt góry jest niedostępny. Stanowi go usypany z drobnego kamienia, wysoki na 50 metrów kurhan, w którym jak głosi legenda znajduje się grobowiec władcy. Kopiec otaczają trzy tarasy, z gigantycznymi posągami kultu króla Antiocha.


Posągi są pozbawione głów najprawdopodobniej na skutek trzęsienia ziemi, które nawiedziło niegdyś to miejsce. Głowy porozrzucane po stoku góry, zostały zebrane i ustawione przy kurhanie, tworząc klimat grozy tego miejsca. Przedstawiają władcę oraz bogów greckich i perskich. Ich oczy spoglądają w dal, nadal strzegąc górę z wszystkich jej stron. Zachodzące na horyzoncie słońce oświetlało wówczas cały kopiec. W jednej chwili pokrył się czerwonym kolorem, sprawiając wrażenie jeszcze bardziej niedostępnego i tajemniczego.


Zachód był oszałamiający, całkowicie inny od wszystkich, które do tej pory widzieliśmy. Gdy słońce schowało się za horyzontem i zrobiło się chłodno udaliśmy się w dół, aby odszukać naszego kierowcę. Ten cierpliwie czekał i odwiózł nas z powrotem do hotelu w Adiyaman, pobijając przy tym kolejny rekord prędkości.

                …. pożegnanie z Turcją
                Powoli kończy się nasza podróż po wschodniej Turcji. Dalej jedziemy w kierunku najbardziej wysuniętej na południe tureckiej miejscowości. Mijamy w oddali Morze Śródziemne i portową miejscowość Iskenderun docierając w końcu do Antakyi. Miejsce to przywitało nas nie tyle skwarem, co potworną wilgotnością, powodującą, że wyglądaliśmy jak po wyjściu z wanny. Nasze ubrania zamieniły się w jednej chwili w ociekające łachy. Na pobliskim straganie udało się dopaść placki gozleme nadziewane ziemniakami i serem. Pyszne jedzonko, na które nie liczyliśmy zbytnio o tej porze dnia w Ramazanie. Dzielni i wyposażeni w kilka butelek wody wyruszyliśmy zwiedzić miasto. Antakya jest zupełnie inna niż pozostałe miasta tureckie. Mieszka tu bardzo wielu Arabów i wszędzie na ulicach słychać ich język. Co chwilę ktoś nas zaczepia usiłując sprzedać „niezwykły i jedyny w swoim rodzaju przedmiot”. Czasami ktoś podchodzi i oferuje w „promocyjnej cenie” bilet autobusowy do Damaszku, albo Aleppo w Syrii. W Antakyi w I wieku naszej ery, pod przewodnictwem Świętego Pawła, narodziła się jedna z pierwszych wspólnot chrześcijańskich. Odwiedzamy miejscowe muzeum archeologiczne i udajemy się na pobliskie wzniesienie do wykutego w skale kościoła Św. Piotra.
                Przejechaliśmy po Turcji przeszło 5000 kilometrów. Turcja kryje w sobie jeszcze mnóstwo nieodkrytych miejsc. Wielokrotnie po drodze mijaliśmy starożytne ruiny, niewidoczne na mapach i nieuwzględnione w przewodnikach. Odwiedziliśmy tereny niezadeptane przez turystów. Tam wciąż można być odkrywcą i odnaleźć swoje miejsce na ziemi...... 


Szymon Wyrwik

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz